niedziela, 11 lutego 2018

Xi'an. Terakotowa Armia.



Następnym miejscem w Chinach, które obejrzeliśmy było Xi’an. Miasto oddalone jest od Szanghaju ponad 1300 km. Stąd zdecydowaliśmy się na lot. Z hotelu pojechaliśmy linią metra nr 2, którego stacja skomunikowana jest z lotniskiem Szanghaj Hongqiao. Stąd liniami Shanghai Airlines udaliśmy się do naszego celu. Shanghai Airlines jest tania, wygodna. Loty odbywają się bez opóźnień. Serwowane posiłki także są smaczne. Nie jest też pobierana dodatkowa opłata za bagaż nadany. Lot trwał raptem niecałe 3 godziny. 

 

Do Xian dolecieliśmy około południa. Na hali przylotów zapytaliśmy w informacji turystycznej o autobus do miasta. Dworzec usytuowany był tuż za halą przylotów. Byliśmy jedynymi nie-chińskimi pasażerami. Autobus, po godzinie jazdy, zatrzymał się nieopodal dworca kolejowego, skąd piechotką udaliśmy się do hotelu. 
W trakcie jazdy mogłem poobserwować zachowanie autochtonów. Wbrew temu co niektórzy piszą na blogach – pełna kultura, żadnych charknięć, plucia etc. 




 Wieża Dzwonu









Xi'an zwabiło nas słynną terakotową armią, ale i nie tylko. To jedno z najstarszych chińskich miast. Aktualnie jedną z atrakcji jest usytuowana w centrum, obok Wieży Bębna oraz Wieży Dzwonu, dzielnica muzułmańska z zabytkowym Wielkim Meczetem wybudowanym w czasach dynastii Tang

Wieczorem udaliśmy się w to miejsce.  

 

Rzeczywiście ulica muzułmańska przyciąga uwagę swym kolorytem. Przewijają się w tym miejscu rzesze nie tylko turystów ale i autochtonów. Jest głośno, kolorowo, wesoło. Można tu zakupić nie tylko pamiątki ale też skosztować tutejszych specjałów.









 Na zdjęciu - ręczna obróbka pereł wyciąganych z ostryg i gotowych do sprzedaży w postaci bransoletek, naszyjników etc.

W gąszczu stoisk można się wręcz zagubić. Niestety, nie dotarliśmy do Wielkiego Meczetu. Powodem była tak późna pora jak też oczarowanie street foodem i wszędobylskim tłumem. 










Po kilkugodzinnym spacerze wróciliśmy do hotelu aby wypocząć przed głównym celem  przyjazdu czyli mauzoleum Pierwszego Cesarza oraz jego Terakotową Armią.

 



 

 

 

W trakcie powrotu żona nie omieszkała poćwiczyć z grupą Chinek w ich tradycyjnej ulicznej zabawie z angielska zwanej street workout.

 

 

 


Realizacja zasadniczego punktu planu nastąpiła następnego dnia. Rano wymeldowaliśmy się z hotelu zostawiając bagaże. Korzystając z pomocy taxi udaliśmy się na dworzec autobusowy w kierunku Lintong. O ile dojazd trwał kilka minut to znalezienie samego autobusu zdecydowanie dłużej. Autobusy odjeżdżające do muzeum Terakotowej Armii znajdują się kilkaset metrów dalej niż do pobliskich miejscowości. Generalnie układ dworca przypomniał mi podlondyński White City bus station. Kto się poruszał po tego typu układzie spokojnie da sobie radę i w Xi’an. 
Po opłaceniu biletu u kasjera zajęliśmy miejsca i mogliśmy obserwować tutejsze zwyczaje komunikacyjne. Wrażenia są niesamowite. Kilka pasów w jedną stronę. Nie ma podziału na pas dla jadących wolniej. Panuje tu wolna amerykanka. Osoba poruszająca się na rowerze czy też cyklista na innym rodzaju jednośladu poruszają się jak chcą i gdzie chcą. Nierzadko potrafili jeździć w … przeciwnym kierunku. Auta wymijające się na wysokości lusterek. Z pewnym przerażeniem patrzyłem co dzieje się na skrzyżowaniach, gdy dodatkowo pojawiali się piesi. I o dziwo – żadnych kraks.  


Po dojechaniu na miejsce, tym razem w autobusie było więcej obcokrajowców niż krajan, już na przystanku obstąpił nas tłumek chętnych do oprowadzenia po muzeum. Nie ma obowiązku wybierania przewodnika aby obejrzeć to miejsce, ale żona zdecydowała się na przewodniczkę by dokładniej poznać to miejsce. 



Wbrew opiniom blogerowych malkontentów, iż jest to strata czasu – osobiście odniosłem zupełnie inne wrażenie.
 

Wracając zaś do samego muzeum - cała armia żołnierzy z terakoty. Te podziemne posągi stanowią część wielkiego mauzoleum, które wzniósł dla siebie cesarz Qin Shi Huang Di, w III wieku p.n.e. Jego historyczne zasługi to zjednoczenie wzajemnie zwalczających się królestw w jedno dziedziczne państwo. Kolejnym - rozkaz wybudowania Wielkiego Muru, reforma pisma i prawa.

Trzydzieści lat przed śmiercią cesarz Qin Shi Huang Di zgromadził w dzisiejszym Lintong około 700000 robotników ze wszystkich stron cesarstwa i nakazał budowę podziemnego pałacu-mauzoleum. Wykonano miedziany sarkofag dla władcy, a pełny skarbów grobowiec chronił system samo zwalniających się kusz. Gdy władca zmarł, jego syn i następca pochował go wraz z bezdzietnymi konkubinami, zaś wszystkich którzy uczestniczyli w budowie jak też mieli wiedzę o zgromadzonych w mauzoleum skarbach rozkazał także żywcem zamurować. I udało się. Tajemnica przetrwała do XX w. n.e.

Według wierzeń, Terakotowa Armia miała strzec władcę i pomóc mu uzyskać władzę w życiu pozagrobowym.


Szacuje się, że w trzech dołach zawierających Terakotową Armię było ponad 8000 żołnierzy, 130 rydwanów z 520 końmi oraz 150 przedstawicieli kawalerii konnej, z których większość wciąż jest jeszcze pochowana w dołach. Każdy z czterech dołów ma około 7 metrów głębokości. Są one solidnie zbudowane z warstw ubitej ziemi, która jest twarda jak beton. Pierwszy dół ma 11 korytarzy, z których większość ma ponad 3 metry szerokości, jest wybrukowany małymi cegłami i ma drewniany strop wspierany przez duże belki i słupy. Strop został pokryty matą trzcinową i warstwą gliny, aby zapewnić wodoodporność, a następnie usypano kopiec z gleby, o wysokości od 2 do 3 metrów. Pierwszy dół ma 1230 metrów długości, zawiera główną armię, której liczność szacuje się na 6000 terakotowych figur. Drugi zawierał 2 jednostki piechoty i kawalerii, jak również wojenne rydwany, a trzeci stanowisko dowodzenia, z wysokimi rangą oficerami i wojennymi rydwanami. Czwarty dół jest pusty, prawdopodobnie nie został dokończony przez jego budowniczych.

Muzeum Xi'an Terakotowej Armii Pierwszego Cesarza Qin, składa się z trzech krypt o głębokości od 4 do 8 metrów.


Terakotowi wojownicy prowadzą konie i wozy, mają broń, noszą starannie wykonane mundury i kolczugi i każdego z nich można łatwo przypisać do określonego rodzaju służby. Są więc wśród nich piechurzy, kopijnicy, łucznicy i kusznicy, jeźdźcy prowadzący konie bojowe, woźnice, oficerowie, a nawet dwumetrowej wysokości generał, górujący nad innymi z tarczą i trzema ozdobnymi napierśnikami.

To miejsce naprawdę warto zobaczyć
 
 


Po opuszczeniu muzeum wsiedliśmy do autobusu w kierunku Xi’an. Powrót pewnie zbyt mocno nie zapadłby w pamięć gdyby nie zachowanie obsługi tegoż pojazdu. Otóż obok kierowcy obsługę stanowił bileter oraz tzw. nawoływacz. Dokładnie nie wiem jak nazwać taką osobę ale jej zachowanie było dość oryginalne. Opuszczając teren muzeum autobus był pustawy więc nie zdziwiłem się jak zatrzymywał się na kolejnych przystankach aby zabrać chętnych. Zdziwienie pojawiło się, gdy opuszczając Lintong ów nawoływacz otworzył okno i zaczął się drzeć. Autobus co jakiś czas się zatrzymywał wcale nie na przystankach zaś kolejni pasażerowie zajmowali miejsca. Czynność tzw. nawoływania trwała dotąd aż zajęte zostało miejsce nawet bileterki, która przycupnęła na schodkach autobusu. Wówczas nastąpiła cisza i autobus bez dodatkowych wrażeń dojechał do Xi’an.






mury miejskie Xi'an

 








Po powrocie udaliśmy się do hotelu po bagaże aby poddać się nowym wrażeniom. Zabukowaliśmy bowiem nocny przejazd pociągiem z Xi’an do Zhangye ( ok. 1200 km).




Wewnętrzny dziedziniec dworca kolejowego w Xi'an


Na wielu blogach sugerowano aby na dworzec kolejowy  udać się kilka godzin  wcześniej albowiem wszędzie są bramki i kontrole co zdecydowanie wydłuża czas. Owszem są bramki i kontrole (zdecydowanie miałem tego dość w Szanghaju, kiedy na każdej stacji metra musiałem oddawać do przeglądu swój plecaczek co było tak męczące jak też irytujące), ale bez szaleństwa. Pierwsza i jedyna kontrola bagażu miała miejsce przed wejściem na dworzec. Kilkunastoosobowa kolejka przeszła tę procedurę bardzo szybko, bo w ciągu też kilkunastu minut. 

Potem udaliśmy się do kasy biletowej gdzie wymieniono nam potwierdzenia rezerwacji na klasyczne bilety kolejowe. 







A potem trzeba było czekać sporo czasu na poczekalni dworcowej. Był spory tłum oczekujących na swoje pociągi. Niestety, z przyczyn bezpieczeństwa chińskie perony są zamknięte dla podróżnych. Stąd w poczekalni uzbierał się niemały tłumek. Same wejścia na perony otwierane są tuż przed przyjazdem pociągu. Wówczas też następuje kolejna kontrola ale tylko biletowa. 






Pociągi są dobrze oznakowane stąd nie ma problemu z zajęciem swojego miejsca. (przed przylotem do Chin mieliśmy już zabukowane miejsca w wagonie sypialnym. Uczyniliśmy to za pośrednictwem Chinatraveldepot.com). Wagony są czyste, zadbane łącznie z toaletami. 
 

 

 


Przejazd upłynął w sympatycznym nastroju. Chińczycy są bardzo otwarci i przyjaźni. Bardzo lubią rozmawiać. Problem z porozumieniem rozwiązały translatory. Paluszki może trochę bolały ale bez problemów mogliśmy wymienić się wrażeniami. Potem usnęliśmy w wygodnych kuszetkach aby rano poddać się nowym wrażeniom.


 




Na zdjęciu dzikie wielbłądy widziane z okna pociągu.







Pierwszym był wagon restauracyjny. Po wykonaniu porannej toalety pomaszerowałem do tegoż wagonu aby napić się gorącej herbaty. 

Wagon pustawy jeśli nie licząc zgromadzonych kasjerów oraz ochrony. Nikt nie siedzi przy stolikach. Tłumaczę barmance czego chcę a tu znak zapytania w jej oczach. Translator pracuje, ta coś mi tłumaczy ja zaś nie kumam ani ani. W końcu do mnie dotarło. W przedziale znajdował się pojemnik z gorącą wodą. Chińczycy noszą ze sobą różnego rozmiaru termosiki ze swoją herbatką, którą ciągle doparzają (im więcej zalań tym lepiej smakuje). Na każdym kroku znajdują się publicznie dostępne pojemniki z gotowaną wodą. Potrzebujący wody Chińczyk zalewa swoją herbatkę lub zupkę w proszku w termosiku i ma napitek. Nie korzysta z żadnego wagonu restauracyjnego. A durny Europejczyk czyli ja sam, nie znający obyczajów otrzymał w końcu w wagonie restauracyjnym … butelkę schłodzonej herbatki z … mleczkiem. Coś jak na Sycylii. Tłumaczę w barze, że chcę cafe latte a tu dostaję gorące … mleko. I tak nauczyłem się, że we Włoszech zamawia się latte macchiato. Rzeczywiście - podróże kształcą.

Kolejnymi wrażeniami były już tylko egzotyczne widoki pojawiające się za oknami pociągu. W końcu pojawiła się stacja docelowa.
Zhangye  to miejsce dość rzadko odwiedzane przez turystów. A szkoda. Niesamowite wrażenie bowiem sprawia widok min. tęczowych gór.
O ile w Szanghaju panują dodatnie temperatury to tutaj czuć kilkustopniowy przymrozek zaś turysta to egzotyczny przypadek…
Ledwo wyszliśmy z pociągu obstąpił Nas tłumek taksówkarzy oferujących swe usługi. Daliśmy się namówić jednemu z nich i od razu pożałowaliśmy. Oto ukazała się naszym oczom taksówka tak brudna w środku, że wyszliśmy z niej bardziej zabrudzeni jak wsiadaliśmy. A taksówkarz był niepocieszony gdy rezygnowaliśmy z jego usług.
Zhangye ze względu na swój koloryt zasługuje na oddzielny opis.
 

  




 

 

 


piątek, 9 lutego 2018

Szanghaj w trzy dni.



Kilkunastodniowy objazd po Chinach rozpoczęliśmy od Szanghaju, gdzie wylądował nasz samolot. Po opuszczeniu go i przejściu formalności granicznych znaleźliśmy się na hali przylotów. W planach mieliśmy przejazd z lotniska do hotelu korzystając najpierw z Magleva a następnie linii metra nr 2, którego przystanek usytuowany był nieopodal naszego celu.  
Niestety plany lekko zmodyfikowaliśmy pod wpływem pracowników biura obsługi pasażera. Wchodząc na halę od razu zaczepił nas sympatyczny pracownik lotniska i zaczął usilnie nakłaniać do skorzystania z taksówki. Tłumaczył, że Maglev nie kursuje i w ogóle dotarcie do hotelu jest generalnie, bez taxi, niemożliwe. Żona jednak była nieugięta. Plan dotarcia do celu jednak zmodyfikowaliśmy. Zrezygnowaliśmy z Magleva i od razu udaliśmy się do linii metra.
Po drodze minęliśmy kilka punktów oferujących zakup chińskiej karty SIM, co z czasem okazało się błędem. Dotarłszy do biletomatu pojawił się nowy problem – gdzie rozmienić 100 yuanów na drobne? Maszyna biletowa taksowała bowiem tylko drobniaki. Obok tych urządzeń był kantor. Uznałem, że to najlepsze miejsce by dokonać wymiany na drobne. Niestety. Tutaj poinformowano mnie, że kantor zajmuje się tylko wymianą pieniążków a nie ich zamianą. Ta czynność wykonywana jest tylko przez uprawnionego pracownika … metra. Nie dowierzając, udałem się do funkcjonującej obok knajpki. Efekt – dokładnie taki sam. Pieniążki można rozmienić tylko u pracownika obsługi pasażera metra. Po dokonaniu tej czynności u tegoż pracownika zakupiliśmy bilety i wsiedliśmy do metra. Bez problemów dotarliśmy do naszej stacji. Po wyjściu ruszyliśmy na poszukiwanie hotelu. Na szczęście obyło się bez większych przygód – obiekt udało się stosunkowo szybko namierzyć i udaliśmy się na wieczorny odpoczynek.
Zwiedzane miasta zaczęliśmy następnego dnia. 

Pierwszym planowanym miejscem było Miejskie Biuro Urbanistyczne określane też mianem Muzeum Urbanistyki i Architektury, które usytuowany jest na Placu Ludowym. 

Wychodząc z metra natknęliśmy się na fragment stacji stanowiącej stałą wystawę, która obrazuje życie w XX w. Szanghaju. Bardzo interesujący pomysł nawiązujący do stylistyki muzeum miejskiego w angielskim Yorku. 







 










Samo muzeum urbanistyki przedstawia, poprzez logiczny układ, rozwój miasta na przestrzeni lat. Wystawy są rozlokowane na sześciu piętrach. Każde z nich obejmuje ekspozycję związaną z innym aspektem życia miejskiego: historią, rozwojem, geologią i hydrologią, transportem publicznym wraz z odpowiadającymi im planami rozwoju, starymi zdjęciami i filmami.

 
Z całego gmachu informacji w pamięć zapada gigantyczna makieta miasta rozległa na 600 m2, a pokazująca tylko … śródmieście w skali 1:500! Innym wspomnieniem z tego miejsca jest …  przesmaczny sernik i herbatka serwowane w muzealnym bufecie.






Po opuszczeniu obiektu, idąc w stronę muzeum miasta Szanghaj, na centralnym miejscu zauważyłem dość charakterystyczny budynek. Z czasem okazało się, ze jest to  Moore Memorial Church. 


Kościół ten został wybudowany przez protestanckich misjonarzy z Ameryki w 1887 r. i rozbudowany w 1931 r. w stylu neogotyckim. Pięciometrowy krzyż usytuowany na szczycie dzwonnicy został zbudowany w 1936 r. z darowizny anonimowego amerykańskiego wyznawcy. Ten krzyż uczynił z kościoła charakterystyczny punkt orientacyjny na Placu Ludowym. Niestety, nie mogliśmy zwiedzić wnętrza tej świątyni, ponieważ była zamknięta. Zaproponowano aby przyjść na zgromadzenie wiernych w weekend, lecz na ten termin mieliśmy zupełnie inne plany… 




 



Po nieudanym podejściu by zwiedzić obiekt sakralny udaliśmy się do planowego punktu programu. Budynek Muzeum Szanghajskiego także znajduje się na Placu Ludowym. Swym kształtem przypomina ding – naczynie z brązu używane w epoce starożytnej. 




Aby wejść do środka niestety ale należy uzbroić się w cierpliwość. W kolejce stoi spory tłumek zwiedzających. Nie tylko turystów. Ale warto czekać. Muzeum mieści kolekcję ponad 120 tys. sztuk reliktów chińskiej kultury, zajmując powierzchnię 12 tys. m2. W wielu salach wystawowych usytuowanych na kilku piętrach można podziwiać pamiątki poprzednich stuleci wykonane z brązu, porcelany, gliny, także sztukę kaligrafii, malarstwo, pieczęci, wyroby z jadeitu, monety, meble oraz sztukę i rękodzieło chińskich grup etnicznych.

Zwiedzanie tego miejsca zajmuje naprawdę sporo czasu… a po opuszczeniu czuje się naprawdę spore zmęczenie. Mimo tego – warto się tutaj znaleźć.
Trochę zmęczeni udaliśmy się do knajpki w centrum finansowym aby coś przekąsić. Lokal znalazł się na naszej trasie do Jin Mao Tower.
Osobiście nie lubię oglądania perspektywy wielkich miast z lotu ptaka, mimo że blogerzy się tym zachwycają jak też moje szczęście ślubne…


 
Tego wieczoru była mgła, więc  niewiele można było ujrzeć, ale żona miała wykupione bilety wstępu no i cóż było robić… Udaliśmy się na 88. piętro Jin Mao Tower, popatrzyliśmy na szanghajskie wieżowce a następnie próbowaliśmy wejść do restauracji hotelu Hayatt usytuowanej na 87 piętrze. Niestety, jako osoby nie mające zabukowanego noclegu w hotelu musielibyśmy zapłacić za wejściówkę kilkaset juanów więc zrezygnowaliśmy zaś za wartość ewentualnej opłaty wstępnej zjedliśmy całkiem smaczny posiłek  na niższym poziomie tego budynku. 





 




Wracając do hotelu zrobiliśmy kilka wieczornych zdjęć.










Następny dzień zwiedzania Szanghaju rozpoczęliśmy od obejrzenia Świątyni Nefrytowego Buddy, świątyni buddyjskiej tradycji chan.
Obiekt pobudowany został w 1882 r. dla dwóch figur Buddy, przywiezionych z Birmy. Jedna przedstawia Buddę w pozycji siedzącej, druga zaś leżącego na prawym boku. Obydwie pokryte są białym nefrytem.. Budda siedzący ma 190 cm. wysokości. Ozdobiony jest szmaragdem oraz agatem. 










Budda leżący ma 96 cm. długości. Widniejąca na pierwszym planie 4-metrowa postać to replika stojącego obok oryginału, ale czy to przeszkadza wiernym otaczać mniejszą estymą większy obiekt ?
 


Po spędzeniu w tym miejscu dłuższej chwili pojechaliśmy metrem do innej części miasta aby zajrzeć do wnętrza najstarszego kościoła katolickiego. 





Katedra św. Ignacego została wzniesiona w latach 1906-1910 w stylu neogotyckim na miejscu wcześniejszej świątyni zbudowanej przez Jezuitów w XVII w.  Obiekt jest aktualnie w remoncie, stąd nie dane nam było zajrzeć do środka choć korciła chęć obejrzenia sceny zmartwychwstania z feniksem w tle…








Po nieudanym wypadzie do kościoła pojechaliśmy metrem linią nr 9 do Qibao Station. Następnie za strzałką „Qibao old street” dotarliśmy do celu: Stare Miasto Qibao nad rzeką Puhu. Miasteczko stanowi ciekawą atrakcję turystyczną oferującą tradycyjną chińską architekturę jak też inne liczne atrakcje takie jak np. muzea oraz uliczne jedzenie. I jeszcze coś – jest tutaj zdecydowane mniej zachodnich turystów za to więcej Chińczyków.




Przekraczając główną bramę miasteczka wkraczamy jakby w inny świat. Ułamek przeszłości zostawiony na potrzeby nie tylko turystyki ale też pamiątka przeszłości. Typowo chińskie uliczki. Sklepiki z wachlarzami, biżuterią i pamiątkami. Knajpki z pisklakami, kaczkami i innymi zwierzakami. Stoiska z ciastami ubijanymi na oczach gawiedzi potężnymi młotami i przepiórcze jajeczka... Gwar, ruch i nawoływania sprzedawców zachwalających swój jedynie najlepszy i unikalny towar.
 







Na końcu Beida Street płynie sobie leniwie zielona rzeka,  nad której wodą  usytuowane są stare chińskie domostwa z charakterystycznymi daszkami. Część z nich to budynki mieszkalne, a część przerobiono na nadwodne restauracyjki.
 



            Wieczorem pojechaliśmy popatrzeć na Bund, który o tej porze prezentuje się naprawdę interesująco. Generalnie – ta część miasta wieczorem się ożywia. Pięknie oświetlone budynki tworzą niesamowite wrażenie. 


















W drodze do hotelu żona nie potrafiła się oprzeć pokusie i „zaliczyła” kilka sklepów przy szanghajskim Oxford Street... 
 


Kolejny dzień w Szanghaju zaczęliśmy od przejścia się starą francuską Koncesją, która nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Wysokie drzewa generalnie przysłaniają ten fragment francuskiej architektury. Dalej poszliśmy popatrzeć na Tian Zi Fang. Ta dzielnica lekko przypomina londyński Camden. Wcześniej jednak wdepnęliśmy do kafelaku coffee.  Polecam tę knajpkę z wyborną kawą.



















  W związku z tym, że po przylocie zniechęcono nas do jazdy Maglevem postanowiliśmy tym razem skorzystać z tego pociągu. 431 km na godz. stało się faktem.
 
Po przejażdżce znowu trafiliśmy na Bund tym razem popatrzeć na dzielnicę w świetle zachodzącego dnia. Widok nocą sprawia zdecydowanie większe wrażenie.













Następnie piechotką, krokiem niespiesznym pomaszerowaliśmy popatrzeć na Stary Szanghaj.






Część zamieszkana przez Chińczyków diametralnie różni się od fragmentu odrestaurowanego na potrzeby turystyki. 

 




 Tutaj także skorzystaliśmy z posiłku. 
   
















Następnego dnia udaliśmy się na drugie szanghajskie lotnisko i lotem wewnętrznym dotarliśmy do Xi’an kierując się w stronę Terakotowej Armii i Tęczowych Gór.

 






 










niedziela, 14 stycznia 2018

Chiny - jak się przygotować do wyjazdu




Chiny – czy warto zwiedzić ?

            Odpowiedź jest oczywiście twierdząca. Chiny to bezpieczne, nowoczesne i bardzo interesujące państwo. Warto zapuścić się w mniej typowe miejsca jak wielkie miasta aby poznać ten kraj z innej strony...

Wiza

Aby tam dotrzeć trzeba wyrobić sobie wizę. Wzór dokumentu znajduje się na stronie ambasady chińskiej w Warszawie. Niestety, tematu nie załatwimy drogą e’mailową. Trzeba swoje odstać przed ambasadą. Ta zaś przyjmuje wnioski tylko kilka dni w tygodniu i w dodatku tylko przez kilka porannych godzin.
Stąd sugeruję udać się tam wczesną porą. Osobiście byłem tam kilka minut po siódmej rano a kolejka była już całkiem spora.
Wiza kosztuje 160,00 zł. I trzeba wykonać dwa podejścia aby ją otrzymać. Pierwsze – składając wniosek, zaś drugie, po opłaceniu kosztów wydania wizy na konto bankowe ambasady – przy samym odbiorze paszportu z wbitą pieczątką wizową. Można oczywiście skorzystać z pośrednika (w Internecie jest wiele osób reklamujących swe usług w tym zakresie) za niewielką odpłatnością. 
Aby otrzymać wizę turystyczną wcześniej należy zabukować sobie hotele. Jeżeli planujemy się przemieszczać – także bilety kolejowe oraz lotnicze.
Kopie tych dokumentów stanowią załącznik do zgłoszenia wizowego.  

Przygotowanie do wyjazdu.

Generalnie - do samego wyjazdu przygotowywałem się kilka tygodni czytając min. blogi podróżnicze. Pod ich wpływem nastawiałem się na nieznane, albowiem…wiele osób, dzieląc się wrażeniami z tego kraju opisywało jego mieszkańców jakby to było nieokrzesane społeczeństwo pełne prymitywnych zachowań (brak kultury osobistej w europejskim wydaniu) a jest zgoła inaczej.
Młodzi Chińczycy dość średnio znają angielski. Starsze pokolenie zdecydowanie wcale. Stąd sugeruję ściągnąć na komórkę bezpłatną aplikację translatora angielsko-chińskiego oraz polsko-chińskiego. Obie okazały się użyteczne.
Wybierając się do tego kraju trzeba pamiętać, że jest tam generalnie kontrolowany Internet. Powszechnie funkcjonujące strony takie jak np. facebook, google, you tube są blokowane – chcąc więc z nich korzystać podczas pobytu należy zainstalować sobie aplikację VPN. Jest ich kilka rodzajów – ja wybrałem VPN Express. Spisał się doskonale. Zresztą sami Chińczycy, jak się o tym naocznie przekonałem,  z niego korzystają…
            Aby nie tracić kontaktu ze swoim krajem sugeruję też zainstalować sobie chińską kartę telefoniczną z Internetem. Roaming jest bowiem absurdalnie drogi.
            Mając tę wiedzę usługę tę zablokowałem, ale nie Internet... Na lotnisku w Szanghaju nie kupiłem karty SIM i … wpadłem.
Wbrew temu co niektórzy piszą na blogach – niemożliwe jest zakupienie chińskiej karty u narodowego operatora. Kilkakrotnie próbowałem to zrobić, ale chińskie czytniki nie sczytują danych z dokumentów opatrzonych łacińskim alfabetem. Każda karta SIM musi być zarejestrowana na zasadach podobnych jak w Polsce. Zdany więc byłem na rozsądne operowanie krajową kartą. Z Internetu korzystałem tylko w hotelach i miejscach z free wi-fi  ale i tak po powrocie rachunek za kilka (łącznie sześć) krótkich połączeń wyniósł w sieci T-mobile około 300,00 zł. Angielska karta sieci Lyca tuż po wylądowaniu przestała działać i przynajmniej na tym operatorze zaoszczędziłem ...
            Obok zabezpieczenia się w tani kontakt internetowy warto pomyśleć o Power banku. Przy czym sugeruję aby uważać z tym urządzeniem, albowiem wg przepisów chińskich Power bank można przewozić jedynie w bagażu podręcznym a moc znamionowa nie może przekraczać 160 Wh.  
            Podczas przelotów wewnętrznych na lotniskach specjalnie zwracano na to urządzenie uwagę.
            Kolejna uwaga dotyczy chińskiej waluty. Chcąc się dobrze przygotować należy wymienić sobie w kantorze (najtańsze juany otrzymać można w Warszawie) większą część gotówki a część zabezpieczyć na karcie kredytowej. Hotele w większych miastach akceptują europejskie karty kredytowe, są też bankomaty. Osobiście z nich jednak nie korzystałem pomimo zainstalowanej w telefonie aplikacji VISA, która wyłapywała najbliższe bankomaty określając najlepsze kursy juana do złotówki i funta. 
W Chinach rozpowszechniona jest płatność za pośrednictwem aplikacji telefonicznej. W naszym kraju takie płatności są na etapie… raczkowania. Owszem, niektóre banki w Polsce (np. mBank) reklamują telefoniczną aplikację płatniczą. Tylko ta działa zupełnie inaczej niż w Chinach. Generalnie w tym kraju odchodzi się już od obiegu gotówkowego.
Przekonałem się o tym osobiście, kiedy kilka razy stanąłem przed dylematem, iż nie kupię pożywienia bez dostępu do chińskiej aplikacji w komórce. Raz w restauracji Chińczyk opłacił mój rachunek wykorzystując swoją aplikację w komórce ja zaś zwróciłem mu gotówkę, a raz w cukierni na stacji metra Chinka dopłaciła mi do rachunku kilka juanów (albowiem zwrot towaru nie jest praktykowany zaś europejskie karty kredytowe nie są autoryzowane). Inna sprawa, iż nie wolno odmówić niosącemu pomoc Chińczykowi, bo to stanowiłoby dla niego dyshonor.



Jak się ubrać.
           
            W Chinach byłem na przełomie listopada i grudnia. W Szanghaju było ciepło zaś w Zhangye już szczypał mróz (w górach leżał śnieg).
            Przed wyjazdem w planowane miejsca proponuję sprawdzić występującą temperaturę albo nastawić się na miejscowe zakupy.  
Wbrew obiegowym wrażeniom Chińczycy bardzo dbają o swój wygląd zewnętrzny. Nie zauważyłem ani jednego nieogolonego mężczyzny w przeciwieństwie do mnie… Generalnie faceci w Chinach ubierają się porządniej niż kobiety (podobnie jak w Japonii). Ciekawe z czego to wynika…
            Chińskich domy handlowe robią niesamowite wrażenie. Do tej pory West End London shopping wydawał mi się największym… Gigantomania opanowała Chiny nawet w tej dziedzinie życia.
            W Polsce wciąż pokutuje opinia o chińskich produktach jako tanich produktach-podróbkach. Są efektem chińskich „centrów handlowych” w których upłynnia się za niewielkie pieniądze rzeczywiście chińską tandetę.  A rzeczywistość jest diametralnie różna.
W ciągu jednego pokolenia kraj wykonał ogromny skok cywilizacyjny. Przykłady można sypać jak z rękawa… Ale o tym najlepiej przekonać się naocznie.
Ja wziąłem do Chin swoje mocne używane ciuchy i przyznaję – w Szanghaju czy Xian czułem się nieco skrępowany, jednak na prowincji było OK.




Transport

            W związku z tym, że żona zaplanowała objazd Chin od Szanghaju poprzez Xining, Xian, Zhangye i Czengdu musieliśmy wcześniej (przed otrzymaniem wizy) zabukować środki transportu. W tym wypadku pomocą służyły dwie bardzo pomocne strony internetowe:
Rome2rio.com oraz Chinatraveldepot.com.
            Bilety kolejowe rezerwowaliśmy na Chinatraveldepot.com wskazując miejsce dostarczenia konkretny hotel. Bilety docierały zawsze na czas.
            Chińska sieć szybkich kolei to przykład jak daleko Polska odstaje w tej dziedzinie od świata. Do tej pory japońskie shinkanseny wydawały się nadzwyczaj szybkie, ale to już przeszłość.
Chińskie pociągi są nie tylko szybkie ale też punktualne, czyste i bezpieczne. Dworce kolejowe, w zależności od natężenia ruchu, są mniej lub bardziej zatłoczone. Inność polega na tym, ze na peron wchodzimy dopiero gdy ma nadjechać pociąg. Przed przyjazdem pociągu nikt nie znajduje się na peronie.  
Na trasach tak krótkich jak też długodystansowych obsługa oferuje zimne napoje jak też inne artykuły spożywcze. Bilety kolejowe są zaś zdecydowanie tańsze niż w naszym kraju. Za pierwszą klasę kuszetki dalekobieżnego pociągu z Xining do Zanghye zapłaciłem raptem 42,5 yuana tj. ok. 20,00 zł. (4 funty). Pociąg z Chengu do Leshan, także I klasą kosztował aż 54 juany (27 zł. lub 5 funtów) zaś najdroższym był dzienny pociąg z Zhangye do Xiningu – 110 yuanów (50 zł. lub 10 funtów). Ceny niskie w porównaniu z polskimi o standardzie nie wspominając.    
Bilety lotnicze rezerwowaliśmy także za pośrednictwem Chinatraveldepot.com jak też Ctrip.com.
Chińskie linie wewnętrzne, podobnie jak pociągi, są punktualne. W Chinach nie ma tzw. tanich linii. Stąd nie ma problemu z ewentualną dopłatą do bagażu rejestrowego. Wszystko (bagaż, posiłki) wliczone jest do ceny biletu.
Korzystaliśmy z trzech linii. Pierwszy lot odbyliśmy z Szanghaju do Xian (Shanghai Airlines), następnie z Xiningu do Chengdu (China Eastern) oraz z Chengdu do Szanghaju (Syczuan Airlines).
Na lotnisko spokojnie można dotrzeć wg europejskich standardów. Obiekty są świetnie skomunikowane z pociągami oraz autobusami. Trzeba tylko pamiętać, że na każdym niemalże kroku trzeba zarezerwować chwilę na prześwietlanie bagażu.
Miejsca w samolotach były bardzo wygodne, sporo miejsca na nogi i bagaż podręczny, posiłki także smaczne. Czasami tylko Chińczycy zajmowali nie swoje miejsce ale też zawsze bez awantury przemieszczali się na swój fotelik.

Generalnie odbyliśmy następującą trasę
Szanghaj – Xian – lot
Xian – Zhangye – pociąg nocny
Zhangye – Xining – pociąg dzienny
Xining – Chengu – lot
Chengdu – Szanghaj – lot  










Zupełnie inny temat to trasy komunikacyjne – średnio w każdym większym mieście główne ulice mają od 3 do 5 pasów w każdą stronę. Po nich poruszają się nie tylko auta ale różnego rodzaju dwuślady i jednoślady. Skrzyżowania przyprawiają wręcz o ciarki, gdy pojawia się jeszcze pieszy, który w Chinach na drodze jest intruzem … Zielone światło wcale nie oznacza, że pieszy ma pierwszeństwo – pieszy ma jedynie prawo do przejścia…

            Niezmiernie tanie są też taksówki. Stąd w godzinach szczytu naprawdę trudno jakąś złapać. 
            Taksówki mają jednak pewne mankamenty – drażnił mnie np. zwyczaj taksówkarzy, którzy starali się doładować swoje autko innymi chętnymi… Ale co kraj to obyczaj.
            Generalnie publiczne środki transportu są w Chinach po prostu tanie. Za kilka juanów można przejechać metrem spory kawałek miasta. Jeżeli weźmie się pod uwagę, że generalnie w każdym mieście jest metro to poruszanie się środkami transportu publicznego jest łatwe, tanie i wygodne.
            Pod hasłem walki z terroryzmem w Chinach ograniczono prawo do prywatności poprzez wprowadzenie w publicznych miejscach transportu kontroli bagażu. Na każdej stacji metra, kolei czy portu lotniczego stały urządzenia do sprawdzania zawartości torebek, toreb, walizek etc. Państwo ma bezdyskusyjnie charakter policyjny ale Chińczycy tolerują to z typowym buddyjsko-konfucjańskim spokojem.
Kolejny temat-rzeka - cena benzyny nie przekracza 3,50 zł. za litr. Niestety, nie zdecydowałem się na wynajęcie auta, aby zwiedzać zaplanowane miejsca. Woleliśmy z żoną poruszać się autkami z kierowcą, których cena byłą po prostu niska (zwłaszcza na prowincji)..
                       
            Następnym razem opiszę bardzo dokładnie (dzień po dniu) naszą chińską przygodę.