poniedziałek, 17 czerwca 2019

Iran - Tebriz



Do Tebriz dojechaliśmy około 8 am. Na miejscu czekał już sympatyczny przewodnik. Na facebookowej grupie See you in Iran zaoferował swą fachową pomoc. W ciągu jednego dnia zorganizował wycieczkę w pobliskie kolorowe góry oraz do Kandovan a także na bazar w Tebriz.


            Dzień rozpoczęliśmy od bardzo smacznego śniadania. Farshad, tak miał na imię przewodnik, zawiózł nas do Amor cafe, który usytuowany był przy Roshdiyeh. Tak smacznego posiłku nie jadłem nawet w Teheranie. Lokal wart jest pozytywnej oceny. 






Stąd udaliśmy się w góry, których kolory są niemal identyczne z występującymi w paśmie górskim koło Zanghye w Chinach. Różnica jest taka, że tutaj można sobie po nich spacerować ile i gdzie się chce. W Chinach – tylko wytyczonym szlakiem przy dźwiękach cichej muzyki…






 






            Po lekkim trekkingu udaliśmy się do Kandovan, miejscowości reklamowanej jako irańska Kapadocja. 








Sama miejscowość wygląda malowniczo. Niesamowite formacje skalne zawdzięczają swój wygląd sąsiedniemu wulkanowi Sahan, oraz powolnej erozji skał. 











Wykute w skałach domki przylegają jeden do drugiego, a w otwory wstawiono umiejętnie okna i drzwi. Dach niżej usytuowanego domku stanowi jednocześnie podłogę z wyższej kondygnacji. Wszędzie ciasno, bo tworzące je jaskinie nie są większych rozmiarów. Pomiędzy poszczególnymi poziomami zabudowań można było poruszać się schodami, a miejscami nawet po drabinie.


Generalnie – wioska wygląda dość egzotycznie. Na pytanie dlaczego ludzie wciąż zamieszkują te „domostwa” odpowiedź była całkiem logiczna – żyją z turystów. Im bardziej naturalnie tym więcej lokalnej produkcji można sprzedać…




 Sam krajobraz może wydawać się egzotycznym widząc z jednej strony domki wykute w skałach zaś po drugiej śnieg leżący na zboczach gór...




Po obejrzeniu tego miejsca chcieliśmy w Tebriz zobaczyć jeszcze 600-letni Błękitny Meczet, ale Farshad uznał, że zbyt wielu turystów tam jeździ i zasugerował dla odmiany 700-letni bazar.
Bazar w Tebriz różni się pod wieloma względami od teherańskiego. Jest jednym z najstarszych w Iranie.
Tabriz Historic Bazaar to cały kompleks połączonych ze sobą budynków i pomieszczeń o różnym przeznaczeniu, pokrytych ceglaną konstrukcją. Tabriz Bazar był słynny już w XIII w., kiedy to miasto zostało stolicą królestwa Safawidów. Choć w XVI w. miasto straciło ten status to wciąż pozostało ważnym centrum handlowym. Niestety zdjęć nie zrobiłem a szkoda bo kilka tygodni temu wybuchł w nim pożar który niemal doszczętnie zniszczył to miejsce.
Po obejrzeniu obiektu udaliśmy się na lotnisko. Niestety samoloty linii wewnętrznych nie latają w Iranie codziennie w każde miejsce. Z Tebriz chcieliśmy polecieć do Shiraz, ale kilka dni wcześniej okazało się, ze lot możliwy jest ale tylko z Teheranu. Stąd ponownie tam wróciliśmy aby przenocować i następnego dnia wyruszyć do kolejnego miejsca podróży jakim był Shiraz, miasto poezji, wina (dawniej), róż i słowików.


niedziela, 16 czerwca 2019

Iran - Mashhad - Teheran




Z lotniska Teheran-Mehrabad do Imam Reza Holy Shrine dojechaliśmy metrem, które było kompletnie opustoszałe, ucząc się przy okazji perskich liczb. Ciekawostką było to, iż bilet należało zakupić w okienku usytuowanym kilka metrów od kolejnej osoby – biletera, który po sprawdzeniu od razu go wyrzucił do kosza. Na pytające spojrzenie wyjaśnił, że po wyjściu z pociągu nikt biletów nie sprawdza. Rzeczywiście tak jest. 



Po wyjściu z metra łatwo jest trafić do meczetu albowiem kierowały tam i tablice kierunkowe (obrazkowe) jak i zmierzający w tym samym kierunku pielgrzymi.
Mashhad bardzo chciałem zobaczyć z kilku powodów. Pierwszy to klasyczna ciekawość. Kolejny – chciałem porównać z dotychczas widzianymi np. w Abu Dhabi czy Muskacie. 




 Mashhad w Iranie jest dla szyitów drugim po Mekce świętym miejscem na ziemi, jeśli nie liczyć Karbali w Iraku. Nazwa pochodzi od arabskiego maszhad, czyli „miejsce męczeństwa”. 





Znajduje się tu grób Imama Rezy, ósmego (z dwunastu) imama szyitów. Był on jednym z potomków proroka Mahometa, cieszącym się charyzmą, słynącym wśród współwyznawców ze swojej mądrości. Żył w czasach (VIII w.), kiedy kalif Ma’mun, po śmierci swojego ojca, Haruna ar-Raszida, walczył o władzę ze swoim przyrodnim bratem Aminem. Usiłując zyskać poparcie buntujących się irańskich szyitów, Ma’mun ustanowił imama swoim następcą. Kiedy już pokonał rywala i zdobył pełnię władzy, nie potrzebował szyickiego następcy tronu więc go otruł. Nie przewidział, że tym samym zapewnił swojej ofierze wysokie miejsce w panteonie szyickich „świętych”.






Zgodnie z zasadami wiary, ten kto odbędzie pielgrzymkę do jego grobu nabywa prawo posługiwania się przydomkiem mashti. Niestety, nie przywiodła mnie tu pielgrzymka lecz ciekawość… 


Grób imama znajduje się bezpośrednio pod największą w całym kompleksie złotą kopułą, górująca nad całym kompleksem.




Mauzoleum imama Rezy określane jest jako Haram-e mottahar („Przeczyste Sanktuarium”) lub po prostu Haram, zaś cały kompleks architektoniczny, który wokół niego powstał - Astan-e qods-e razawi („Święty Przybytek Rezyjski”).
 



Przed wyjazdem wyczytałem, że zanim wejdziemy do obiektu otrzymamy opiekuna. I nie było inaczej. Zanim weszliśmy do środka trzeba było zostawić wszelkie podręczne torby, torebki wraz z aparatami foto. Żona została zaopatrzona w czador (który mogła wziąć na pamiątkę) zaś zdjęcia można było wykonywać komórkami. 








Opiekun opowiadał dość drobiazgowo o obiekcie, jego historii, o islamie. Nie było nudno. Na koniec chciał jeszcze przeprowadzić lekcję sprawdzającą z przekazanej wiedzy ale zrezygnowaliśmy z tej propozycji argumentując terminem odlotu. 
Z punktu widzenia architektury i sztuki obiekt bezdyskusyjnie wart jest obejrzenia.Nie jest to żadna strata czasu.




Sam lot powrotny nie odbył się w planowanym czasie. Stąd osoby, które planowałyby loty wewnętrzne mogą się nie przejmować czasowością wieczornych odlotów. Te zawsze są opóźnione co najmniej o godzinę. Same zaś ceny przelotów są naprawdę przystępne, ale nie kupowane u europejskich pośredników.
W przeciwieństwie do znanych nam w Europie tzw. tanich linii wewnętrzne loty w Iranie nie są obarczone ograniczeniami bagażu. Także posiłki, i to całkiem niezłe, wliczone są do ceny biletu. 

Po przylocie do Teheranu po raz pierwszy wypróbowaliśmy aplikację Snapp – w komórce wyświetlił się komunikat podający trasę z lotniska do hotelu, nr rejestracji auta oraz kwota. I rzeczywiście pod terminal przyjechało auto. Choć kierowca nie mówił po angielsku starał się pokazywać jakieś, jego zdaniem ciekawe obiekty. Jednak przed hotelem, gdy doszło do zapłaty - zaprotestował, zaczął machać rękoma aby za chwilę pójść do recepcji. Okazało się, że jego zdaniem wartość przejazdu była zaniżona i należy mu się wyższa cena bo nie jesteśmy Persami... Bezskutecznie - otrzymał kwotę taką samą jaka wyskoczyła w aplikacji. Dodatkowo wyjaśniono nam, że w aplikacji po odbytej trasie wyświetlają się gwiazdki od jednej do pięciu, które stanowią formę oceny kierowcy. Brak pozytywnej oceny może skutkować tym, że ten ostatni może już innych kursów nie otrzymać.
Od tej chwili jeszcze kilkanaście razy korzystaliśmy z tej aplikacji na terenie Iranu – było tanio, na czas i bez swarów. No może czasami kierowca był zaskoczony, że nie jesteśmy Irańczykami…


   Kolejny dzień pobytu w Teheranie spędziliśmy na zwiedzaniu. Tym razem poszliśmy do niedaleko położonego „Gniazda szpiegów” czyli dawnej ambasady USA. Propaganda ajatollahów zadbała, aby obiekt nie najlepiej kojarzył się przeciętnemu Irańczykowi. Przypominano, że to tutaj w 1953 r. CIA zorganizowała zamach na premiera Mossadegha i przywróciła do władzy proamerykańskiego szacha. zaś 4 listopada 1979 r. irańscy studenci uwięzili tu 52 amerykańskich dyplomatów na 444 dni, pieczętując rewolucję islamską.
           


Ambasada aktualnie stanowi muzeum. Podobno, w niektórych pomieszczeniach zachowano wszelkie akcesoria w swej oryginalnej formie. Można tu zobaczyć szpiegowskie maszyny, stare kserokopiarki, niszczarki itp. Z perspektywy czasu wygląda to trochę tandetnie. 








Zdecydowanie ciekawsze są propagandowe murale. 








  Na budynku naprzeciw ambasady wszystkie łączniki między szybami opatrzone zostały antyamerykańskimi zestawieniami krzywd jakich dopuścił się ten kraj na przełomie czasów. Generalnie – jest to klasyczna ciekawostka turystyczna.
            


 
    Z ambasady pojechaliśmy metrem do dość daleko usytuowanego zespołu pałacowego Saadabad. Kompleks mieści się w pierwszej dzielnicy Teheranu, jest to Zaraferaniyeh. Podobno jest to jedna z najbardziej luksusowych dzielnic miasta. Nie ma tu żadnego bezpośredniego połączenia public transport, jednak zespół znajduje się bardzo blisko stacji metra Tajrish 1.  Stąd po dotarciu tutaj należy wziąć taksówkę aby po 15 minutach dojechać do celu.  
      My żadnej taxi nie wzięliśmy i to był wielki błąd. Doszliśmy, owszem, ale po godzinie w dodatku wyjątkowo zmęczeni.
            Kompleks pałacowy został zbudowany przez dynastię Qajar w XIX wieku. Po rozbudowie kompleksu w 1920 roku zamieszkał tam Reza Shah z dynastii Pahlawi.. Jego syn, Mohammad Reza zamieszkał tam dopiero w 1970 r. Po rewolucji irańskiej w 1979 r. cały ten obszar zamieniono w kompleks muzealny. Aktualnie wyodrębniono jego część jako kompleks prezydencki. Często zatrzymują się tutaj oficjalni goście zagranicznych państw, ostatnio premier Japonii.  
          
  Spośród 18 pałaców i muzeów tu usytuowanych widzieliśmy dwa. Główny budynek w całym kompleksie bywa nazywany Muzeum Palac Mellat. Ze względu na jego biały kolor nazywany jest białym pałacem. Jest on także największy w całym kompleksie. 





Składa się z 54 pokoi i około 10 sal. Pełnił funkcję letniej rezydencji królewskiej (Szacha Mohammada Reza Pahlavi). 





 




Jedną z atrakcji turystycznych są, usytuowane przed wejściem do obiektu, wielkie buty, które miały stanowić fragment pomnika szacha Rezy.  




            Kolejnym pałacem, który obejrzeliśmy w tym kompleksie, był tzw. zielony pałac. Jest on usytuowany ładny kawałek drogi wyżej. Stąd skorzystaliśmy z transportu. Na piechotkę byłoby i dłużej i przy większym wysiłku.
Pałac ten należał do Shah Rezy, ojca Mohammada, który mieszkał i pracował tutaj przez wiele lat. Pałac znajduje się w północo-zachodniej części kompleksu Saad Abad; jego budowa trwała aż siedem lat. Zewnętrzna część obiektu została wykonana z rzadkiego zielonego marmuru. Pałac ma tylko dwa pietra, w trakcie panowania Mohammad Reza Shah był on wykorzystywany jako miejsce dla zagranicznych gości, jednym z nich był m.in. Jimmy Carter były prezydent Stanów Zjednoczonych.
Niestety w budynku tym pstrykanie zdjęć nawet komórką było zabronione i bardzo przestrzegano tego zakazu. 
Więcej tutejszych atrakcji nie obejrzeliśmy z przyczyn technicznych – mieliśmy czas tylko na popołudniowy posiłek oraz dodarcie do dworca kolejowego. Metro jest świetnie skomunikowane i stosunkowo szybko dotarliśmy na dworzec. Nocnym pociągiem chcieliśmy dojechać do Tebrizu.
Zanim wsiedliśmy do pociągu mieliśmy przyjemność poznać specyfikę teherańskiego metra. Najpierw żona wsiadła do wagonu tylko dla kobiet. Po kilku stacjach zauważyłem, ze przeciska się do męskiej części. Zaskoczony zapytałem – dlaczego ? Uznała, że woli wagony z mężczyznami, albowiem kobiety nie zachowują dystansu w stosunku do siebie. W ścisku bezpruderyjnie się dotykają – takie stwierdzenie usłyszałem cokolwiek to oznacza.
W męskiej części rzeczywiście była inaczej traktowana. Panowie próbowali jej, bez względu na swój wiek, ustępować miejsce do siedzenia. Gdy odmawiała i stała sobie starali się jej nie dotykać. Owszem, przyglądali się ale nawet w ścisku zachowywali lekki odstęp. 
Przez całą jazdę w wagonikach odbywa się handel obnośny: można kupić wszystko od grzebyka poczynając poprzez tłuczki i inną drobnicę. Rzeczywiście – Irańczycy dokonują w tym miejscu określone zakupy. Handlem parają się wszyscy – od dorastających dzieci po osoby starsze.  
            Po dotarciu na dworzec kolejowy musieliśmy najpierw otrzymać potwierdzenie od dworcowego policjanta, że nasze bilety (zakupione via Internet) odpowiadają danym umieszczonym na paszportach. Dopiero z jego podpisem mogliśmy wejść na hol główny. Tutaj panował klasyczny harmider. Kilka minut przed odjazdem pociągu (tak jak w Chinach) otwierane jest przejście na perony.

Mieliśmy wykupioną całą kuszetkę – nie był to przejaw niepotrzebnego szastania pieniędzmi, mimo że miejsca były b. tanie – ale cena bycia razem. W Iranie kobiety nie mogą jeździć w nocnym pociągu wraz z mężczyzną – przedziały są podzielone na kobiece i męskie. Wyjątkiem jest możliwość wykupienia całej kuszetki dla męża i żony.

    Kuszetki są czteroosobowe oraz sześcioosobowe. My oczywiście wybraliśmy czteroosobową. Pociągi pamiętają dobre lata siedemdziesiąte. Oferta obejmuje bezpłatny poczęstunek wraz z herbatą (kolacja). Jednak po 30 minutach jazdy konduktor odbiera termos. Za kolejną herbatkę trzeba już zapłacić. Jak nam wyjaśnił do zakresu jego obowiązków należy nie tylko dbanie o pasażerów ale też zarabianie. Następny bezpłatny posiłek to śniadanie. Tak kolacja jak i śniadanie były bardzo smaczne. Obsługa bardzo sympatyczna jedynie toalety były niezbyt czyste. Starałem się z nich nie korzystać… ale poranną toaletę trzeba było wykonać. 

O wrażeniach z irańskiej Kapadocji napiszę następnym razem.

 
 







sobota, 15 czerwca 2019

Iran - jak się przygotować do wyjazdu - Teheran



Iran – kraj powszechnie postrzegany jako państwo zamknięte, w którym od 1979 r. panuje system hierokratyczny (zwany także teokratycznym) gdzie duchowny muzułmański - ajatollah  pełni najwyższe stanowisko, niezbyt sprzyjające zachodniej turystyce. 
Miałem przyjemność zwiedzić już kilka muzułmańskich państw. Każde było inne, choć łączyła je ta sama religia ale dzieliły jej odłamy. W końcu pojawiła się myśl aby swoje spostrzeżenia poszerzyć o Persję. W końcu nadszedł ten moment. Linie Qatar Airwais zaoferowały stosunkowo tanie połączenie z Pragi do Teheranu z jednodniowym pobytem w Dosze. Bilety w promocji zostały zakupione 9 miesięcy przed datą wyjazdu. Czas sobie płynął spokojnie do chwili, gdy polski rząd postanowił w Warszawie zorganizować bezdyskusyjnie antyirańską konferencję.


Władze Iranu, jak twierdziły media oraz niektórzy turyści na swoich internetowych blogach, wydały zakaz wjazdu Polakom. Pojawiły się więc wątpliwości czy wyjazd się w ogóle odbędzie. 
Nie zwracając większej uwagi na dość sprzeczne informacje płynące z mediów państwowych jak też społecznościowych (Internet) zaś opierając się na uspokajających informacjach ambasady Iranu w Warszawie ok. sześć tygodni przed datą wyjazdu wystąpiłem (wraz z żoną) o zgodę na wjazd do tego kraju.
Dotrzeć do Iranu można w dwojaki sposób – przylecieć i na lotnisku liczyć na otrzymanie 30-to dniowej wizy turystycznej lub pielgrzymkowej. Jest to trochę stresujące - po przylocie trzeba się zgłosić osobiście do Biura ds. Paszportów i Wiz Ministerstwa Spraw Zagranicznych na jednym z międzynarodowych lotnisk Islamskiej Republiki Iranu takich jak: Tehran, Kisz, Keszm, Buszehr, Sziraz, Tebriz, Mashhad lub Czahbahar.

Istnieje druga możliwość, bardziej formalna ale moim zdaniem zdecydowanie bezpieczniejsza. Wystarczy przy tym tylko podstawowa znajomość j. angielskiego.


Należy skorzystać z pomocy irańskiej agencji turystycznej. Polecam Key2Persia. Pełny profesjonalizm, nie tylko w zakresie wizowym. Na stronie agencji należy wyszukać formularz pod nazwą: Iran Visa, który należy dokładnie wypełnić.
Ten kto starał się o wizę do Chin nie zdziwi się, że należy dość dokładnie określić planowaną trasę objazdu. Miejsce noclegu – warto wcześniej mieć potwierdzoną rezerwację w pierwszym konkretnym hotelu miejsca przylotu (czasami na lotnisku służby próbują kontaktować się z hotelem celem potwierdzenia rezerwacji). My mieliśmy zabukowany nocleg w Tehran Grand Hotel II (opłata za nocleg odbywa się na miejscu).
Po wypełnieniu danych w ciągu 1-2 dni skontaktuje się via Internet sympatyczna P. Zahra. Poprosi o kopię głównej strony paszportu i zdjęcie. Należy wykonać określony skan i odesłać na stronę: iranvisa@key2persia.com 
Pani Zahra występuje o tzw. numer referencyjny do MSZ Iranu, który jest ważny tylko 1 miesiąc od jego wystawienia. Otrzymanie tego numeru gwarantuje iż wjazd do Iranu odbędzie się bez żadnych perturbacji.
Kolejna informacja to wartość opłaty w tym koszta własne. Całość na poziomie 37 dolarów. Opłatę uiszcza się albo na wskazane konto bankowe albo za pośrednictwem PayPal i odsyła potwierdzenie dokonanej wpłaty.

Proces otrzymania numeru referencyjnego może trwać nawet 10 dni. My otrzymaliśmy ów numer już po dwóch dniach. Następnie, po konsultacji z ambasadą, wysłaliśmy paszporty wraz z opłatą za wizy (50 euro od osoby) oraz ubezpieczeniem turystycznym, korzystając z pośrednictwa DHL, tuż przed początkiem perskiego Nowego Roku.  Wizę odbieraliśmy osobiście w ambasadzie. Tłumów nie było.
Warto pamiętać o dwóch opłatach – 37 dolarów – opłata za numer referencyjny oraz 50 euro – opłata za wizę. Tą ostatnią najlepiej dokonać w banku PKO BP, albowiem ambasada ma również w nim swoje konto. Najtańsze ubezpieczenie turystyczne (tłumaczone na j. angielski) oferuje AXA TRAVEL.
Otrzymawszy wizy (pieczątki nie są wbijane do paszportu tylko stanowią oddzielne kartki) mogliśmy spokojnie przygotowywać się do wyjazdu.

Zacząłem od strony TripAdvisor czytać opinie o hotelach, hostelach, połączeniach kolejowych oraz lotniczych. Chciałem bezdyskusyjnie zobaczyć dwa miejsca – Mashhad oraz Qom. Żona zajęła się stroną krajoznawczą włączając także moje oczekiwania.
Organizując naszą logistykę zauważyłem, że tylko niektóre hotele mają własne strony, które wyszykuje google. Dodatkowo - bardzo często oferowane ceny za nocleg w kontakcie bezpośrednim są dość wysokie. Wniosek był prosty – zabukować pierwszy nocleg w Teheranie w dobrym hotelu a następne wejść w kooperatywę z irańską agencją turystyczną. Realizując te założenia spośród trzech wybranych agencji dwie okazały się zdecydowanie mało wiarygodnymi. 

Pierwszą była 1stQuest. Za pośrednictwem tej firmy turystycznej próbowałem wynająć nocleg w hotelu w Shiraz. Owszem ostatecznie pokój zarezerwowałem ale nie w tym obiekcie który wybrałem i nie za cenę, którą zapłaciłem (o czym później). Nie polecam też agencji sevenhostels albowiem dokonane za jej pośrednictwem trzy rezerwacje na miejscu okazały się niezabukowanymi. W pełni profesjonalną okazała się tylko Key2Persia. Sugeruję też nie rezerwować lotów wewnętrznych za pośrednictwem szwajcarskiej (aktualnie reklamującej się jako holenderska) strony apochi.com‎ albowiem oferta cenowa zdecydowanie odbiega od realnej. Z tej strony zabukowałem tylko jeden lot do Mashhadu (Key2Persia użycza link z własnej strony z irańskimi cenami, które są zdecydowanie niższymi). Również na miejscu można sobie zarezerwować planowane loty, korzystając np. z pomocy personelu hotelowego. Bardzo przyjazna jest strona kolei irańskich (www.iranrail.net/tickets). umożliwiająca na odległość rezerwację kuszetki w nocnym pociągu. Warto tylko pamiętać, że odjazdy odblokowywane są na miesiąc przed planowaną jazdą. Podobnie jest z autobusami. Najlepiej zrobić to samemu na miejscu.
Zaopatrzeni w wiedzę teoretyczną oraz podstawowe rezerwacje ruszyliśmy na lotnisko do Pragi. Po jednodniowym pobycie w Dosze wieczorem dolecieliśmy do Teheranu.  Samolot był pełny nie tyle turystów ile autochtonów. Pierwszy wniosek - Irańczycy nie są odcięci od świata. Na lotnisku zdecydowana większość pasażerów rejsu z Dohy udała się do okienka z odprawą dla Persów. Tylko kilkanaście osób udało się do kolejki dla turystów. Odprawa odbyła się szybko i bez żadnych przeszkód. Poza paszportem, nie musiałem pokazywać nawet wizy. Pytanie pogranicznika dotyczyło tylko potwierdzenia mojego imienia. Lekko zaskoczony tak szybką odprawą wkroczyłem na teren państwa ajatollachów.
           

Pierwsze kroki na lotnisku skierowaliśmy do kantorka z kartami SIM. Nauczony doświadczeniem, że T-mobile liczy sobie całkiem słono nawet za wysłanie sms-a o cenach połączeń wyłączyłem swój telefon zaraz po wylocie z Pragi. Na teherańskim lotnisku za 2 karty SIM gwarantujące 3 tygodniowy dostęp do Internetu i wewnętrznych połączeń zapłaciliśmy 4 dolary. 
 Zaopatrzeni w pierwszy irański zakup udaliśmy się na postój taksówek. Kurs z lotniska do hotelu w centrum miasta miał kosztować 15 dolarów. W trakcie jazdy taksówkarz zaczął narzekać na wysokie koszty utrzymania, pokazywać zdjęcia swoich biednych pociech. Postanowiłem więc, ze otrzyma ciut więcej ale niezbyt - znaczy 15 euro. Po godzinie jazdy dojechaliśmy do hotelu. Zapłaciłem Panu zaplanowaną kwotę. Ten jednak nie przestawał marudzić. Ja byłem nieprzejednany – on niepocieszony.  
Teheran Grand Hotel kosztuje 50 euro za noc ale pobyt wart jest swojej ceny. Recepcja – pracownicy nie tylko biegle władają angielskim ale też prezentują pełny profesjonalizm i zrozumienie. Otrzymaliśmy sypialnię wraz z pokojem wypoczynkowym. Łazienka wyposażona była w wannę. Czyściutko i miło. Po przebudzeniu z okna zauważyliśmy ośnieżone pasmo górskie. Widok bardzo przyjemny. Stan pozytywnego nastawienia utrzymał się nawet na śniadaniu, które choć nie wyszukane było naprawdę smaczne. 
Teheran Grand Hotel II położony jest ok. 1 km. od stacji metra przy ul. Ferdowsi. Stąd można na piechotkę bądź korzystając z public transport dotrzeć do zaplanowanych atrakcji.
Naszą pierwszą atrakcją była wymiana dolarów na lokalną walutę. W Iranie panuje dość wysoka inflacja z jednej strony z drugiej zaś  na ulicach jest mnóstwo osób oferujących change money. Nie chcąc ryzykować jakichś walutowych niespodzianek udaliśmy się do kantoru usytuowanego obok stacji metra przy ul. Ferdowsi. Kantor jak to kantor. Atrakcję stanowiło poznawanie irańskiej waluty.
 Formalnie obowiązującą walutą jest Rial, ale żeby nie było zbyt prosto, w powszechnym obiegu jest nieistniejący Toman. Irańczycy np. 5000 riali zastąpili określeniem 500 tomanów. W ciągu naszego pobytu wartość irańskiej waluty kilka razy się obniżyła ale nie ceny towarów. Stąd bezdyskusyjnie lepiej było płacić lokalną walutą niż zachodnią.
Pierwszy dzień pobytu postanowiliśmy spędzić na zwiedzeniu kilku historycznych miejsc. Na piechotkę udaliśmy się w kierunku Pałacu Golestan. Tutaj osobiście doświadczyłem tego jak Teherańczycy traktują ruch drogowy. Światła dla pieszych nie stanowią żadnego warunku określającego zasady poruszania się po obu stronach jezdni. Każdy chodzi jak chce czy wzdłuż czy po przekątnej. Kompletne przeciwieństwo Chin, gdzie pieszy owszem ma prawo ale nikt nie gwarantuje, że będzie mógł z niego skorzystać. Atrakcja turystyczna z Tokio – Shibuya Crossing tutaj nie zrobiłaby żadnego wrażenia.
 

Przemykając między autami, motorynkami czy rowerami dotarliśmy do Pałacu Golestan, który usytuowany jest w centralnej części Teheranu. Jest to ogromny kompleks składający się z 17 pałaców, muzeów i sal. Rzeczywiście jest co zwiedzać. 








Spośród wielu interesujących miejsc uwagę zwraca sala koronacyjna. W czasach świetności wysadzana była diamentami, aktualnie imitują je szkiełka...






Innym z przedmiotów, który przykuł moją uwagę była replika korony pierwszego władcy z dynastii Kadżarów - Aqi Mohammada Shaha Qajar.



 


Kolejnym był Marmurowy Tron z 1806 r., na którym zasiadał jeden z szachów także z dynastii Kadżarów. U podnóżka tronu jest skrytka, w której usytuowano szczątki jego największego wroga, by mógł je za każdym razem zdeptać. Do 1925 r. tron służył ceremoniom koronacyjnym.

  Kiedy obejrzeliśmy w zasadzie wszystko (a trwało to sporo czasu) skojarzyłem sobie, że w 1943 r. odbyła się tutaj konferencja teherańska na której pojawiła się sprawa polska. To tutaj nasi „sojusznicy” USA i Wlka Brytania zgodzili się na zmianę przedwojennej granicy Polski tj. przesunięcie jej wschodnich rubieży Zacząłem więc wypytywać pracowników usytuowanych tu muzeów o wskazanie jej miejsca. Odsyłano mnie od jednej do kolejnej osoby. W Europie II wojna światowa jest tematem powszechnie znanym – nie tutaj. Dopiero jak znalazłem via Internet zdjęcie Stalina, Roosevelta i Churchilla kolejna osoba wskazała budynek, gdzie odbywały się spotkania. Sam balkon ze zdjęcia usytuowany jest po drugiej stronie.

Następnym miejscem był Wielki Bazar. Tutaj także podeszliśmy na piechotę. Na miejscu można było kupić generalne wszystko. Tak sobie chodziliśmy, chodziliśmy aż poczuliśmy lekki głód. Wówczas trafiliśmy do niewielkiej knajpki. Właściciel ani ani nie mówił po angielsku, więc w ruch poszło pismo obrazkowe – zamówiliśmy to co było na obrazkach zakładając, że skoro inni w knajpce konsumują to i my spróbujemy. Ryż perski ma zupełnie inny smak niż oferowany w naszym kraju. Prawdopodobnie dlatego, ze jest inaczej przyrządzany. Jagnięcina była przepyszna a wszystko to bezdyskusyjnie tanie. Irańczycy do obiadu zamawiają głównie napoje gazowane. Tylko takie posiadał w gablotce. Stąd jak poprosiłem o herbatę – właściciel sprawiał wrażenie zakłopotanego. Na szczęście młodzi Irańczycy całkiem dobrze znają angielski i wyjaśniono mu, że chcę rosyjsko brzmiący czaj. Choć w sprzedaży herbatki nie posiadał pomaszerował do swojego kantorka i ją przygotował (oczywiście za free).
            Po obiedzie żona zaproponowała abyśmy wzięli taxi i pojechali do Teheran Mall, bardzo modnego centrum handlowego. Przed wejściem do auta umówiliśmy się z kierowcą, że za kurs otrzyma 15 dolarów. Po przejechaniu sporej odległości nagle kierowca zaczął twierdzić, że kwota jest za niska. Rozmowa nabrała dość nieprzyjemny wymiar. W efekcie opuściliśmy auto. Taksówkarz odjechał bez kasy ale i my zostaliśmy wysadzeni niemal na rogatkach. Aby polepszyć sobie nastrój udaliśmy się do zauważonej w pewnej odległości cukierni.
            Ciastka były bardzo smaczne ale też b. słodkie. Tak czy inaczej pomysł dotarcia do Teheran Mall spełzł na niczym albowiem taksówki w ogóle nie chciały się zatrzymywać. W końcu po jakimś czasie jedna się zatrzymała. Kierowca na wstępie zaznaczył, że jego zmiana się właśnie zakończyła i jedyne co może to odwieźć nas do hotelu. W trakcie drogi powrotnej wyjaśniliśmy że byliśmy w trasie do centrum handlowego ale jego kolega po fachu zachował się tak jak się zachował. Facet bardzo się tym przejął. Zaczął przepraszać i postanowił zrobić objazd kilku ciekawszych, jego zdaniem, miejsc. Spośród nich w pamięci zapadł mi Honarmandan Park, który znajduje się w centrum miasta. Był też, z naszego punktu widzenia, świetnie usytuowany - z jednej strony nasz Teheran Grand Hotel II zaś z drugiej „gniazdo szpiegów” czyli dawna amerykańska ambasada.

            To bardzo ciekawe miejsce – spotykają się tutaj przedstawiciele irańskiego światka artystycznego. Oprócz kilku teatrów oraz bardzo ciekawej galerii sztuki współczesnej znajduje się tutaj i włoska restauracja i knajpka dla wegetarian. Uwagę zwracają ciekawe współczesne rzeźby.I choć właśnie ta utkwiła mi w pamięci - nikt kogo pytałem nie był w stanie powiedzieć jaka jest myśl przewodnia tego dzieła.
           
 Po zakończeniu objazdu, za który zapłaciliśmy równowartość 2 (!!!) dolarów, taksówkarz poinformował recepcję hotelu o całym zajściu z niesympatycznym poprzednikiem. Poprosił aby się nami zaopiekowali. Przyznaję, że całą tą sytuacją byłem kompletnie zaskoczony.




Następnego dnia mieliśmy zaplanowany lot do Mashhadu. Poprosiłem aby zamówiono taksówkę – wówczas zasugerowano abyśmy sobie zainstalowali w telefonie aplikację Snapp. Działa podobnie jak np. singapurski czy malezyjski – GrabCar. Zamawiamy auto nie taksówkę. Kierowca nie musi znać angielskiego. Przed przyjazdem znana jest też cena usługi. Minusem było perskie oznaczenie rejestracji. Ale i na to jest sposób. Wystarczy poznać i nauczyć się pierwszych dziewięć perskich liczb. Nie ma lepszego miejsca na naukę jak … metro. Czekając na pociąg kilka minut można nauczyć się perskich cyferek patrząc na upływające minuty…
 Recepcja zamówiła, wg życzenia, taxi ale powrót mieliśmy wykonać korzystając z aplikacji Snapp.


Specyfiką lotniska wewnętrznych linii jest to, iż każdy przewoźnik ma swój terminal. Stąd wystarczy podać kierowcy nazwę linii a ten dowiezie do celu. W związku z tym, że bilety zarezerwowałem przed wylotem do Iranu – wystarczyło tylko ich potwierdzenie i oczekiwanie na lot.
Mając nadwyżkę czasu pochodziłem troszkę po terminalu, polukałem na ofertę sklepów zaś żona nie traciła czasu i zdążyła w tym czasie zakupić kolorową chustkę „na zmianę”, bo i jedwabna i tania… 

Samolot nie najmłodszy ale bez problemów dolecieliśmy o planowym czasie do miejsca przeznaczenia.
  O wrażeniach z Imam Reza Holy Shrine w Mashhadzie i kolejnych dniach pobytu w Iranie podzielę w dalszym ciągu.